Dlaczego tak bardzo boimy się tej „trudnej pracy nad sobą”, którą narzuca Prawo Boże?
- Stałość vs. Płynność (Kotwica czy Plastelina?)
Prawo Boże (Dekalog, wartości uniwersalne) jest jak skała. Nie przesuwa się, nie dopasowuje do nastroju epoki ani do naszych chwilowych zachcianek. To daje poczucie bezpieczeństwa, ale też – co trudniejsze – stawia nam lustro przed twarzą. Jeśli kłamię, Prawo mówi: „kłamiesz”. Kropka. Nie ma „ale”, nie ma „zależy od kontekstu”.
Współczesna elastyczność pozwala nam ulepić moralność z plasteliny.
- Jeśli coś jest dla mnie niewygodne, nazywam to „moją prawdą”.
- Jeśli zgrzeszę (używając starego języka), system podpowie mi: „to nie twoja wina, to traumy, to społeczeństwo, to geny”.
- Efekt: Nie muszę się zmieniać, bo system „rozgrzesza” mnie z automatu, nie wymagając ode mnie poprawy.
- Zamiana Cnoty na „Wellness”
Przez wieki celem człowieka była cnota (virtus). Cnota to mięsień ducha – buduje się ją w trudzie, odmawiając sobie czegoś, panując nad popędami. To jest właśnie ta „trudna praca nad sobą”.
Dzisiaj cnotę zastąpiliśmy pojęciem dobrostanu (wellness).
- Cnota pyta: „Czy to, co robię, jest sprawiedliwe i dobre?”.
- Dobrostan pyta: „Czy czuję się z tym dobrze?”. Jeśli najwyższym kryterium jest moje dobre samopoczucie, to każda praca nad sobą, która wiąże się z bólem, wyrzeczeniem czy poczuciem winy, jest odrzucana jako „toksyczna”. W ten sposób stajemy się duchowo otyli – tracimy zdolność do walki o wyższe wartości.
- System, który kocha naszą słabość
Tu wracamy do Twojej myśli o „rządźcie nami”. Silny, uduchowiony człowiek, który ma twardy kręgosłup moralny (Prawo Boże), jest koszmarem dla każdego ziemskiego cezara. Dlaczego? Bo taki człowiek jest nieprzekupny. Ma instancję wyższą niż państwo czy korporacja.
Współczesny system (rynkowy i polityczny) promuje „elastyczność”, bo:
- Konsument bez zasad kupi wszystko, by zapełnić pustkę.
- Obywatel bez kręgosłupa odda każdą wolność za obietnicę komfortu.
- Człowiek bez Boga będzie szukał zbawienia w technologii, polityce lub zakupach.
- Lęk przed wolnością (Paradoks Wielkiego Inkwizytora)
Dostojewski w Braciach Karamazow opisał to genialnie: ludzie nie chcą wolności, którą dał im Bóg, bo ona jest zbyt ciężka. Ona wymaga wyboru między dobrem a złem w każdej sekundzie życia.
Ludzie wolą przynieść swoją wolność i położyć ją u stóp ziemskiej władzy, mówiąc: „Rządźcie nami, nakarmcie nas, powiedzcie nam, co jest dobre, a co złe, bylebyśmy nie musieli sami o tym decydować i za to odpowiadać”.
Dokąd to prowadzi?
Kiedy usuwamy Prawo Boże (niezmienny punkt odniesienia), stajemy się jak liście na wietrze. Ta atrakcyjna elastyczność kończy się pustką. Skoro wszystko jest płynne, to nic nie ma znaczenia. Skoro nie ma pracy nad sobą, nie ma też wzrostu. Zostaje tylko trwanie w wygodnej, cyfrowej klatce, gdzie bożki (ekrany, pieniądze, ideologie) uśmiechają się do nas, dopóki jesteśmy im posłuszni.
„Gdy Bóg znika, człowiek nie staje się bardziej wolny; staje się łupem dla innych potęg”.
Czy uważasz, że jako ludzkość jesteśmy jeszcze w stanie wrócić do tej „trudnej pracy”, czy może proces „zniekształcenia”, o którym pisałeś, zaszedł już za daleko?
